Dzisiaj jest: 20.10.2018, imieniny: Ireny, Kleopatry, Witalisa

Europejskie (i nie tylko) sąsiedztwo po stargardzku

Dodano: tydzień temu Autor:
Redakcja poleca!

W ramach obchodów Europejskich Dni Dziedzictwa Pani Beata Śpiechowicz wraz z Panią Anną Puchałą, z Książnicy Stargardzkiej w środę 10 października zorganizowały niezwykłe, sąsiedzkie spotkanie.

Europejskie (i nie tylko) sąsiedztwo po stargardzku
W spotkaniu uczestniczyli mieszkańcy Stargardu, przedstawiciele różnych narodowości. Goście opowiadali kiedy i w jaki sposób znaleźli się w naszym mieście, opowiadali też o tradycjach, potrawach i przyniesionych z sobą przedmiotach pochodzących z krajów ich pochodzenia.

Pani Iwona Marciszak przypomniała, że w 1947 roku mieszkańcy Ukrainy zostali przesiedleni do Polski w ramach akcji Wisła. Obecni mieszkańcy Stargardu pochodzenia Ukraińskiego w większości urodzili się już w tym mieście. Wspólnota parafii grecko-katolickiej w Stargardzie liczy 300 rodzin. Obecnie dużym wyzwaniem dla tej społeczności jest zaktywizowanie współczesnych emigrantów z Ukrainy.
Pani Iwona jako symbol tożsamości Ukraińskiej przedstawiła tradycyjne stroje zdobione charakterystycznym haftem krzyżykowym. Takie haftowane wzory to nie tylko tradycyjna koszula – soroczka, noszona w czasie uroczystości, hafty umieszczane są również na ręcznikach okrywających ikony w każdym domu i towarzyszą młodej parze w czasie ślubu, taka ślubna wyszywanka jest pieczołowicie przechowywana przez lata.
Charakterystyczne dla tej nacji są przyśpiewki, które towarzyszą wszystkim codziennym czynnościom – gotowaniu, spotkaniu z dziewczyną, pracom w polu czy ogrodzie.

Pan Zakaria Mohammad przyjechał do Stargardu 8 lat temu, pochodzi z Kurdystanu. Opowiedział zebranym o trudnej sytuacji Kurdów, którzy są największym narodem bez swojego kraju. Pan Zachariasz uczył się w szkole arabskiej, a swój narodowy język zna z rodzinnego domu. W swoim kraju nie był ponad 20 lat.

Pan Reza pochodzi z Iranu. Kiedy miał 11 lat wziął udział w działaniach wojennych w swojej Ojczyźnie i został poważnie ranny. Przeszedł operację w Niemczech i już nie wrócił do Iranu. Po rekonwalescencji rozpoczął naukę w niemieckiej szkole, gdzie zaprzyjaźnił się z Polakami. Nowi znajomi zaprosili Pana Rezę do Polski, do Torunia. Polubił Polaków, mieszka tutaj już 16 lat.
Na spotkanie przyniósł lalkę w stroju ludowym i zdjęcia Teheranu.

Z Jordanii przybył do nas Pan Riyad. Na spotkanie przyszedł z żoną Jolantą, którą poznał w czasie studiów w Bułgarii. Opowiedział o swojej pierwszej wyprawie z Bułgarii do Polski, która obfitowała w mnóstwo przygód oraz o kolejnej, która z powodu problemów z wizami w krajach tranzytowych, trwała tydzień.
Pani Jola na spotkanie przyszła w tradycyjnym stroju palestyńskim. Opowiedziała, że dziś taki strój nosi się z okazji uroczystości i jest on często bogato zdobiony kryształkami, cekinami i koralikami.
Została również zaprezentowana dobrze nam znana chusta, ciekawostką jest, że biało-czarna pochodzi z Palestyny, a biało-czerwona jest jordańska.

Pan Piotr Nycz Przewodniczący Związku Mniejszości Niemieckiej podkreślił, że w przeciwieństwie do wszystkich obecnych nacji, Niemcy nie przyjechali do Stargardu, byli tutaj wcześniej. W obecnej chwili w Stargardzie mieszka około 30 osób pochodzenia niemieckiego, w dużej części są to protestanci, którzy mają o tyle komfortową sytuację, że mogą jechać do kościoła w Szczecinie 45 minut lub 40 minut do najbliższej niemieckiej parafii.
Pan Piotr jako symbol tożsamości pomorsko-niemiecko-polskiej przedstawił kartofel i przypomniał, że nazwę tego warzywa do języka polskiego zapożyczyliśmy właśnie z języka niemieckiego. Opowiedział historię o tym, jak w Prusach panował głód i król chciał, żeby chłopi na Pomorzu uprawiali kartofle. Wówczas była to mało znana roślina i ciężko było ich do tej nowinki przekonać. Król wykorzystał przekorną naturę poddanych i zakazał uprawy kartofli. Chłopi kradli bulwy z królewskich pól i obsadzali nimi swoje zagony czyniąc wkrótce Prusy „kartoflaną potęgą”.

Pan Wiktor Buwelski opowiedział, jak w czasie wojny, jako 12-letni chłopiec wraz z rodziną trafił do Niemiec. Po zakończeniu wojny mieli wracać do domu, na Litwę, jednak zdając sobie sprawę z tego, że ich przedwojenny dom znalazł się na terytorium ZSRR tata Pana Wiktora za worek tytoniu w Gnieźnie przekupił kolejarza, który odczepił wagon od pociągu. Pan Wiktor od 1948 roku mieszka na Pomorzu, od 1961 w Stargardzie. „Dobrze się tu mieszka.” - mówi. „Jestem stąd.” - dodaje.
Z rodzimych potraw najbardziej tęskni za dobrą kiszką ziemniaczaną albo babką ziemniaczaną i czarnym chlebem z Litwy. Takiego nie ma nigdzie – zapewnia.
Litwinką z pochodzenia jest również Pani Maria Krasińska, na spotkanie przyniosła piękny haftowany obrus z domu rodzinnego i własnoręcznie wyhaftowany bieżnik. Żałuje, że nie ma chleba, bo przyniosła też przywiezione od brata z Litwy smalec i kiszoną kapustę.

Z Włoch, wraz z żoną Ewą przyjechał Pan Alessandro D’Aversa, chociaż mieszka w Stargardzie już 7 lat, to nie mówi w naszym języku. Pani Ewa zapewniła wszystkich, że Włosi są bardzo otwarci i integracja z nimi jest bardzo łatwa. W domu Pani Ewy i Pana Alessandro króluje kuchnia włoska oparta na oliwie, a do obiadu pija się wino.

Przyjechałem przez miłość – opowiada Serb Borko Cicović. Swoją miłość Sylwię z Warszawy, poznał w Serbii i z Nią przyjechał 4 lata temu do Warszawy. Od początku 2018 roku mieszkają razem w Stargardzie. Polska jest takim krajem, gdzie mogę mieszkać do końca życia – zapewnia. Stargard wybrał, bo pochodzi z podobnego, niedużego miasta i jak twierdzi, nie żałuje tego wyboru.
Pani Sylwia przytacza słowa o podobnym brzmieniu w językach serbskim i polskim i przestrzega przed pułapkami językowymi:
prawo – w serbskim oznacza prosto,
wredny – pracowity,
trudna – w ciąży,
frajer – koleś,
diwno – pięknie,
czudno – dziwnie,
pas – pies,
a brzydko brzmiąca czipka – to po serbsku koronka.

W bardzo miłej atmosferze przy stole, rozstrzygnięto kilka wątpliwości o pochodzeniu słów, tradycji, potraw. A Pan Dyrektor Książnicy Stargardzkiej Krzysztof Kopacki zapewnił, że w 70-letniej historii Książnicy nie było takiego spotkania.

FOTO: J.J.




 
Zapisz się do newslettera:
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingu usług i produktów partnerów właściciela serwisów.
Wisola - wspomnienie z pleneru. GALERIA