PGE Spójnia Stargard przegrała ostatni mecz w sezonie 2025/2026. Biało-Bordowi jednak osiągnęli cel na rywalizację z SKS Fulimpex Starogard Gdański, bo wygrali dwumecz i zdobyli brązowe medale.
W końcówce sobotniego starcia gospodarze prowadzili 78:77 po trafieniu Wojciecha Czerlonki. Punkty dające zwycięstwo w tym spotkaniu zdobył jednak dla gości Sebastian Kowalczyk. Finalnie nie było to tak istotne, jak w każdym innym meczu, bo PGE Spójnia miała osiem punktów przewagi z pierwszego spotkania, które tydzień wcześniej odbyło się w Starogardzie Gdańskim. To sprawiało, że w ostatniej minucie było już praktycznie pewne, że gospodarze zajmą trzecie miejsce w Bank Pekao S.A. 1 Lidze.
- Staraliśmy się od początku myśleć o tym, żeby wygrać to spotkanie natomiast już wiadomo, że na 20 a tym bardziej 10 sekund przed końcem już to zwycięstwo było sprawą drugorzędną. Nie można powiedzieć, że daliśmy Sebastianowi, bo poszedł "jak dzik w żołędzie". Wygrali bitwę, ale my wygraliśmy wojnę - skomentował na pomeczowej konferencji prasowej Paweł Kikowski.
- Gratulacje dla drużyny ze Starogardu, ponieważ sobotni mecz wygrali, natomiast my nie odpuszczaliśmy, walczyliśmy na całego. Bardzo chcieliśmy zdobyć to trzecie miejsce dla kibiców, klubu i siebie samych. Wiadomo, że mieliśmy trochę inny plan na ten sezon. Mieliśmy awansować, ale naprawdę było wiele rzeczy, które próbowały i skutecznie pokrzyżowały nam plany, natomiast cieszę się, że w meczach o trzecie miejsce trzymaliśmy koncentrację i wygraliśmy. Widać jak byliśmy zaangażowani, żeby to zrobić dla kibiców. Chciałbym podziękować wszystkim kibicom i całej organizacji za to, że mogliśmy mieć komfortowe warunki. Dziękuję za ten sezon. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie powalczymy o awans - powiedział kapitan PGE Spójni Stargard.
Ostatnie słowa zwiastują, że 40-letni koszykarz chce kontynuować karierę i pozostać w PGE Spójni Stargard na sezon 2026/2027. - Ja na pewno jestem otwarty na dalszą współpracę. Wydaje mi się, że jeszcze mogę dać wiele drużynie. W pierwszej części sezonu miałem trochę kłopotów z kontuzją, która tak naprawdę nie wynikała z mojego wieku tylko z przypadku. To była mechaniczna kontuzja, gdzie pół sezonu praktycznie siedziałem i później, gdy wracałem nie, jest łatwo po czterech miesiącach, wrócić do pełnej dyspozycji, ale wydaje mi się, że pod koniec w play-offach pokazałem, że mogę być wartością dodaną do drużyny. Wszystko zależy od trenera i zarządu klubu. Ja jestem na pewno otwarty na rozmowy. Jestem tutaj kilka lat, więc jestem połączony już troszeczkę ze Spójnią - zaznaczył koszykarz, który w sobotnim meczu zdobył 14 punktów.
Swój moment miał w drugiej kwarcie. Po słabym początku zespołu trafił dwie "trójki" z rzędu. Później dołożył jeszcze dwa kolejne trafienia i Biało-Bordowi odrobili 10-punktową stratę do przeciwnika. - to jest praca całej drużyny. Ktoś mnie znalazł na pozycjach. Czasem sam sobie ją wyrobiłem, ale cieszę się, że mogłem dać oddech drużynie i naprowadzić na właściwe tory i później już było punkt za punkt - podkreślił Paweł Kikowski.
Klub, który rok temu spadł z Orlen Basket Ligi, zapowiadał walkę o szybki powrót. Skończyło się tylko trzecim miejscem. To z jednej strony rozczarowanie, ale historia dla spadkowiczów jest bezlitosna. Nikt jeszcze rok po spadku nie wrócił do elity. Takie rzeczy zdarzają się w piłce nożnej, choć też są wyjątkami, ale nie w koszykówce.
- Na pewno nie jest łatwo ponownie awansować. Odczuliśmy to w tym sezonie. Nie tylko my chcemy awansować. Jest zawsze kilka drużyn, które aspirują do tego. Oni myślą dokładnie tak samo, że wygrają ligę. Na pewno, jeśli byśmy zostali w pełnym zdrowiu do końca, mielibyśmy większą szansę. Można powiedzieć, że drużyny, które unikają kontuzji w play-offach, często robią awans. To jest klucz, żeby być zdrowym. Nam wypadli Jalen i Szymon. Bardzo ważne ogniwa drużyny. Na pewno nam ich brakowało. Najważniejsze jest to, żeby walczyć i starać się jak można, a organizacyjnie na pewno jesteśmy gotowi do tego żeby wrócić - przyznał kapitan PGE Spójni Stargard.
Biało-Bordowi z marzeniami o awansie pożegnali się na początku maja. Wtedy trzykrotnie wysoko pokonał ich w półfinale ŁKS Coolpack Łódź. Istotny wpływ na takie rozmiary porażki miały dwa czynniki. Pierwszy to kontuzje Szymona Szmita i Jalena Ray'a, a drugi to wyczerpująca pięciomeczowa ćwierćfinałowa seria z Decką Pelplin. Biało-Bordowi mieli wszystkie atuty, żeby tę rywalizację zakończyć nawet w trzech a ostatecznie w czterech meczach. To się nie udało i awans do półfinału był okupiony sporą utratą sił oraz kontuzją Jalena Ray'a odniesioną w decydującym pojedynku.
- Na pewno chcieliśmy zakończyć serię z Decką szybciej. Nie udało się i trzeba brać to, co jest. Jalen złapał kontuzję w piątym meczu. Możliwe, że złapałby kontuzję na treningu, ale tego się nie dowiemy. Na pewno mogliśmy szybciej zakończyć serię, natomiast trzeba oddać honor drużynie z Pelplina, że zagrali dobrą serię z nami. Nam się wyśliznęły dwa zwycięstwa po drodze. Miało to wpływ, bo graliśmy pięć meczów w dziewięć dni. ŁKS dobrze to wiedział. Miał szeroki skład, grał na bardzo dużej intensywności. Cały czas podkręcali tempo i czuliśmy to zmęczenie. Oni tydzień się przygotowywali spokojnie, a my tego komfortu nie mieliśmy. Kontuzje zawsze mają wpływ. Tak samo pierwsza runda. Mnie i Igora nie było i też nie byliśmy w czołówce ligi. Wróciliśmy, to zaczęliśmy grać tak, jak przystało i skończyliśmy sezon regularny na drugim miejscu, natomiast też nie mieliśmy za dużo czasu do przygotowania, gdy nie mieliśmy Jalena. Był jednym z głównych naszych atakujących. Przez niego duża część akcji przechodziła, więc musieliśmy się oswoić, że go nie ma. Tak samo Szymona, który zawsze dawał dobrą obronę i celną "trójkę". Staraliśmy się, jak mogliśmy. Zdobyliśmy trzecie miejsce. Wydaje mi się, że daliśmy trochę radości kibicom i oby patrzeć z optymizmem na następne lata. Mam nadzieję, że Spójnia wróci do ekstraklasy, bo tam jest jej miejsce - podsumował Paweł Kikowski.

Materiał sponsorowany





